czwartek, 22 sierpnia 2013
Od wschodu do zachodu.
Spod hotelu porwani zostaliśmy w środku nocy, aby móc bladym świtem dotrzeć na wulkan. W towarzyskie dwóch przewodników, czterech Australijczyków i latarek koło 4 wyruszyliśmy na szczyt. Wszyscy ambitnie podeszli do zadania, więc szybkim tempem ruszyliśmy szutrowym szlakiem w ślad za całym ogonkiem światełek. Oprócz co rusz osuwających się pod nogami kamyków wszystko szło super, aż tu nagle droga zmieniła się w malutką stromą ścieżkę z ogromnymi kamulcami. Ale cóż było robić... My nie damy rady?! Ilość postoi jakby się zwiększyła, tylko czemu dokładnie na każdym przewodnik odpowiada, że jeszcze tylko pół godziny! Dłuższy postój przed ostatnią prostą. I mała uwaga, żebyśmy uważali bo ostatni fragment jest dużo bardziej stromy. Serioo? Jeszcze chwila i przerzucimy się na sprzęt do wspinaczki..Może dobrze, że było ciemno. W końcu bez większych strat udało się. Chyba nigdy nie byłam z siebie taka dumna xD Jeszcze chwila na szczycie i wschód słońca. Przeeeepiękny <3
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
rewelacja,rozumiem,że szczyt pełen dzielnych wspinaczy! A jak zejście, bo po wschodzie wszystko było widać,nawet marną szerokość ścieżki!! plaża należała się,całusy!
OdpowiedzUsuńMarzenie!
OdpowiedzUsuń